Kilkulatki uwielbiają zabawy w dorosłych. Warto to wykorzystać do zdobywania wielu pożytecznych umiejętności. Podczas wspólnego przygotowywania posiłków można dużo się nauczyć. Z przyjemnością.
Zajęcia z dzieckiem w kuchni absolutnie nie są kursem dla
początkujących kur domowych. Nie zapraszamy do niej córeczki tylko po
to, by za kilka lat obsługiwała pana-męża i resztę rozleniwionej
rodziny o dwóch lewych rękach. To nauka poprzez zabawę, doskonała
zarówno dla chłopców, jak i dla dziewcząt. Każdy dorosły człowiek
powinien być samowystarczalny w zakresie przyrządzania prostych dań, a
żeby to osiągnąć, warto zaczynać jak najwcześniej. Nie ma bowiem nic
bardziej żałosnego, jak student błagający koleżanki, by pomogły mu
zalać zupkę w proszku, albo mąż, który zawsze ustępuje żonie, bo
piekielnie boi się odstawienia od stołu.
Poza aspektami czysto kulinarnymi istnieje wiele powodów, dla których
zabawa w kuchni to bezcenna nauka.
Kiedy zaczynamy?
Zwykle do prac domowych można już angażować malca, który skończył 2,5
roku. To oczywiście sprawa indywidualna i jeśli tak małe dziecko nie
radzi sobie z zadaniami, które dla niego przewidzieliśmy, nie zmuszajmy
go do nich. Często takie maluchy nie dojrzały jeszcze do obowiązków,
nawet tak prostych, jak sprzątnięcie własnych klocków. Jednak zabawa w
kuchni to co innego. Pamiętajcie, że dla was robienie śniadania czy
przekąsek to często mniej lub bardziej przykry obowiązek. Dla dziecka -
wyjście do tajemniczego, kuszącego świata dorosłych. Im bardziej
zadbamy o oprawę wspólnych działań, tym lepiej. Jednak malec może nam
pomagać przy robieniu "zwykłej" zupy, a i tak będzie pod wrażeniem.
Oczarowany nowym doświadczeniem.
Co może dziecko?
Oczywiście malec nie może igrać z ogniem. Nie dla niego wyciąganie
blachy z ciastem z piekarnika, ale nawet "kręcenie się" po kuchni
wtedy, gdy coś może prysnąć, wylać się czy spaść, jest niewłaściwe. To
mit, że mamy podzielność uwagi, która pozwala nam w pełni kontrolować,
co się dzieje z dzieckiem i zarazem z garem pełnym gorącej zupy.
Tysiące wypadków, których ofiarami były dzieci, zdarzyły się
"niewiadomo jak" i "niewiadomo kiedy".
Dzieci doskonale nadają się jako pomocnicy do mieszania składników
różnych potraw. Mogą dodawać przyprawy, otwierać opakowania, rozbijać
jajka, wykrawać kształty z ciasta... Potrafią ugniatać, rozkruszać,
rozsmarowywać, dosładzać... Z czasem uczą się posługiwać nożem,
odmierzać konkretne ilości składników, etc. Sprawność manualna, a także
talent kulinarny, to i w przypadku dzieci sprawa indywidualna. To, jak
wiele i jak szybko, może zrobić pociecha, najlepiej ocenisz sama.
Początkowo malec będzie wymagał pełnego nadzoru, a z czasem coraz
bardziej się usamodzielni. Takie jest życie.
Nie tylko posiłki
Niecierpliwe maluchy często złoszczą się, że nie pozwalamy im robić w
kuchni tyle, ile by chciały. Argumenty, że nie potrafią, zazwyczaj do
kilkulatka przemawiają słabo. Dlatego warto angażować dziecko w inne
czynności związane z powstawaniem posiłków. Także takie, które mogą
stać się pierwszymi stałymi obowiązkami. Systematyczność bowiem
wyrabiać trzeba jak najwcześniej. A i tak warto liczyć się z oporem ze
strony dziecka. Zaraz, gdy połapie się, że beztroska zabawa to już
całkiem poważny obowiązek. Jeśli jednak wcześniej zdąży wyrobić sobie
dobre nawyki, będzie nieco łatwiej przekonać go do dalszego wykonywania
"odpowiedzialnych, dorosłych" zadań.
Układanie naczyń i sztućców to bardzo przydatna i miła lekcja. Dziecko,
które może pokazać swoje umiejętności całej rodzinie, czuje się "takie
duże" i potrzebne. Po posiłku trzeba oczywiście poznosić brudne
naczynia, a potem pozmywać. Ale tę pracę lepiej maluchowi odpuśćmy. Bo
czy ktoś lubi zmywanie? Owszem, ci, którzy mają zmywarkę. Przy jej
załadunku dzieci pomagają bardzo chętnie.
Robimy zakupy
Czyż to nie magia, że ze zrealizowanej listy sprawunków można
wyczarować pyszne dania? Ileż radości może dać wyszukanie potrzebnych,
"ładnych" składników. Potem przygotowanie ich tak, by można było użyć w
kuchni (umycie, obranie, etc.).
Krytykowane supermarkety wbrew pozorom nadają się idealnie do tworzenia
więzi, a także edukowania pociech! Przecież rozmawiając z
przedszkolakiem podczas zakupów możemy wyjaśnić mu: co to są bakalie i
detergenty, dlaczego kupujemy mydło dla alergików, albo omijamy wielkim
łukiem dział z gotowymi sosami. W sklepie jest okazja do pierwszych
lekcji czytania (choćby krótkich, wyraźnych napisów reklamowych),
matematyki (o ile zdrożał cukier, czy większe opakowanie w promocji
rzeczywiście jest tańsze od dwóch mniejszych, itp.), a nawet geografii
(możemy powiedzieć to i owo o ojczyźnie bananów lub papryki).
Zróbcie listę w domu, a potem przestrzegajcie jej z żelazną
konsekwencją. Nie kupicie wówczas rzeczy zbędnych i mniej nerwowo
będziecie poruszać się między półkami. To wyjdzie na zdrowie dzieciom.
Przy okazji pokażecie, że umiecie rozsądnie kupować. A potem szalejcie
razem w kuchni. Nie macie pomysłu na fajne, a zarazem proste danie?
Zapytajcie babcię. Ewentualnie skorzystajcie z pomocy specjalnej
książki kucharskiej dla dzieci. Bez trudu znajdziecie ją w księgarni, a
jeśli nie, to w internecie.