Już od przedszkola mali Polacy XXI wieku pracują na swoją przyszłość. Rytmika, gimnastyka, pływalnia, lekcje fortepianu czy baletu, nauka języków obcych i rysunku... Troskliwi rodzice chcą dla swoich pociech jak najlepiej, ale też gubią się w bogatej ofercie edukacyjnego rynku. Czy rzeczywiście maluchy potrzebują tego wszystkiego? Co wybrać, by naprawdę działać dla dobra dzieci?
Czasamii można odnieść wrażenie, że w dobie wolnego rynku i dzieci stają się towarem. Najlepiej mieć jedno, góra dwoje, by wystarczyło środków na godziwy start w dorosłość. Najlepiej takie z górnej półki: przygotowane do walki z losem na pięści, wykształcone, asertywne i grzeczne, jak z bajki. Koniecznie wybitnie uzdolnione, z perspektywą dobrej pracy na Zachodzie, a jeszcze lepiej w showbiznesie. Rodzice wzajemnie się nakręcają. Co, którzy nie zaserwowali pociechom pakietu rozwijających zajęć, obawiają się, że malec nie nadąży za rówieśnikami "lepiej" zorganizowanymi. Ci, którzy zapisali dziecko w kilka miejsc, wciąż nie mają pewności, czy to wystarczy. Jeszcze innych męczą wyrzuty sumienia, że malec jest przemęczony, zniechęcony i odbiera mu się dzieciństwo. Wszyscy mają nieco racji. Równocześnie jednak te obiegowe opinie należy traktować z przymrużeniem oka i ocenę sytuacji dopasować do konkretnego przypadku. My, jako dzieci, nie uczyliśmy się języków obcych, i dziś jesteśmy społeczeństwem zakompleksionych dorosłych, którzy boją się odezwać w obcym narzeczu. Nie przechodziliśmy starannej edukacji muzycznej, więc karierę w naszym kraju robią "gwiazdy" pokroju Michała Wiśniewskiego i Dody Elektrody, a większość nie odróżnia muzyki Chopina od Bacha. Kiedy malec prosi nas o narysowanie kotka, wpadamy w panikę, bo plastyka to był taki "głupi, niepotrzebny" przedmiot. Nie mamy w zwyczaju wypoczywać aktywnie, bo modnie było urywać się z wf-u, wiele osób nie potrafi pływać... Rzeczywiście nasze dzieciństwo było lepsze, niż "nowych dzieci", gdy na to spojrzeć z tej perspektywy?
Dzieci, jak to ludzie, różnią się temperamentem, zainteresowaniami, potrzebami. Poszanowanie dla indywidualności to klucz do połączenia rozwoju z radością pierwszych lat życia. Wiele dzieci wprost roznosi niespożyta energia. Są nakręcone od chwili, gdy tylko otworzą oczy, a wieczorem i tak mają problem z zasypianiem. Dla nich dodatkowe zajęcia, zwłaszcza te ruchowe (np. taneczne, na pływalni, judo) to doskonały sposób na pozbycie się nadmiernego wigoru, a czasem i agresji, która może towarzyszyć takiej pobudliwości. Także zajęcia wymagające skupienia, ale koniecznie ciekawe to cenna lekcja panowania nad sobą, panowania nad własnym ciałem oraz koordynacji ruchów. Świetnie sprawdzają się lekcje plastyki. Nie tradycyjnego rysunku - to znudzi szybko nawet uzdolnionego manualnie przedszkolaka. Raczej lepienie z gliny czy modeliny, wycinanie, wydzieranie, robienie mozaiki, etc. Dziecko ruchliwe, towarzyskie i wciąż chętne do psocenia raczej nie zmęczy się za bardzo nawet wtedy, gdy coś dodatkowego zafundujemy mu każdego dnia. Także w weekend. Dla wielu takich dzieci wolne dni ciągną się w nieskończoność i dają wówczas nieźle popalić rodzicom.
Dzieciom wyciszonym, nie przepadającym za harmidrem i zamieszaniem, albo opornym na dodatkowe zajęcia, nie pozwólmy spędzać życia przed telewizorem czy na nicnierobieniu. I dla nich wyjście z domu, poznawanie nowych rzeczy oraz ludzi jest korzystne. Należy serwować atrakcje stopniowo, z umiarem, pilnie obserwując dziecko. Jeśli przesadzimy, może jeszcze mocniej zamknąć się w ślimaczej skorupce, zamiast odkrywać własne pasje i talenty.
Bardzo małe dzieci zazwyczaj interesują się wszystkim po trochu. To nęci, i to kusi. Przez moment fascynujące wydaje się pływanie, bo Henio też pływa, za chwilę ciekawsze jest pianino, na którym gra Zuzia, albo archeologia, bo był ciekawy program w telewizji... Pierwsze oznaki prawdziwej pasji możemy obserwować zazwyczaj dopiero wtedy, gdy nasza pociecha kończy przedszkole. Warto jednak wcześniej zaserwować malcowi jak najpełniejszy wachlarz ewentualnych zajęć, by z czasem wybrało coś dla siebie. Nie szukajmy od razu geniuszu. Posłuchać dobrej muzyki powinien zarówno malec, który od kołyski podryguje w jej takt, jak i ten, który zdaje się być głuchy, niczym pień. Nieistotne, czy potem zostanie Mozartem - ważne, by nauczył się obcować z muzyką i dobrze przy niej bawić. Nie chcemy przecież, by w przyszłości obawiał się poruszać na parkiecie, albo wymownie milczał, gdy odbywa się dyskusja o nowych trendach muzycznych. Chcemy przecież wychowywać nasze dzieci na pewnych siebie, towarzyskich i obytych ludzi. Tacy muszą uczyć się przez całe życie, ale im wcześniej zaczną, tym lepiej. Pod warunkiem, że zaserwujemy im takie zajęcia edukacyjne, które łatwo pomylić z zabawą.
Kiedy dziecko wpada na pomysł zostania wybitnym łyżwiarzem, nie kupujmy mu natychmiast kosztownego sprzętu figurowego. Zastanówmy się trzy razy, nim sprowadzimy do domu pianino albo skrzypce. Dzieci zmienne są niczym pogoda i z dnia na dzień mogą zmienić zdanie na temat tego, jakie zajęcia są dla nich naprawdę zajmujące. Łyżwy można spokojnie wypożyczyć, a pianino jest przecież u nauczycielki. A z czasem, jeśli się okaże, że to naprawdę to... Czas na zakupy. Przy zachowaniu świadomości, że dziecko wciąż zachowuje prawo do rozmyślenia się. W razie czego - sprzęt można zawsze sprzedać na aukcji, gdzie takich skarbów stale poszukują rodzice kolejnych ambitnych dzieci...
To, przy których zajęciach malec zatrzyma się na dłużej, w dużym stopniu zależy od osoby prowadzącej. Fakt, że nasza Kasia nie chce chodzić na balet, a Józio zrezygnował po pierwszej lekcji z szachów, wcale nie znaczy, że dane dyscypliny są nie dla nich. Między prowadzącym zajęcia, a dzieckiem, musi "zaiskrzyć". Dlatego jedne panie są oblegane, do innych, nawet bardzo profesjonalnych, nikt chodzić nie chce. Bywa też tak, że nawet opiekun, który ma podejście do maluchów, akurat nie przyciągnie uwagi naszego dziecka. Zatem, nim pomyślimy o zmianie rodzaju zajęć, zastanówmy się nad zmianą szkółki. Dobrym rozwiązaniem jest pójście z dzieckiem na zajęcia próbne. Dobre ośrodki oferują takie lekcje bezpłatnie.
Zajęcia powinny przede wszystkim rozwijać nasze pociechy. Sport ma służyć zdrowiu. Lepiej więc, gdy malec pobiega po podwórku czy pojeździ z tatą na rowerze, niż za wcześnie trafi na lekcje modnego tenisa. To sport obciążający jednostronnie, dlatego zupełnie niewskazany dla dziecięcego kręgosłupa. Kręgosłup lubi natomiast pływanie, ale pływania nie proponujemy dziecku z nawracającymi infekcjami dróg moczowych (chyba, że za zgodą urologa). Dziecko z wadą wymowy bardziej potrzebuje logopedy niż nauki angielskiego. Lingwistyka może poczekać. Seplenienie czy "zjadanie" końcówek raczej nie. Lepiej ładnie mówić po polsku, niż fatalnie w obcym narzeczu.
Niemal każdy rodzic, który wysyła malca na dodatkowe zajęcia, robi to dla jego dobra. Zwłaszcza, gdy ma wrażenie, że sam stracił swoją szansę, przegrał swoje życie, etc. To kiepska motywacja. Mały człowiek powinien sam szukać swojej drogi. Rozwijać się poprzez dobrą zabawę, radość bycia w grupie, smakowanie życia. Z przymusu nikt nie robi kariery, ani zadawalających postępów. Z musu nie odnosi się sukcesów. Na pewno widzieliście nieraz na występach małych artystów dzieci smutne, skrzywione, odarte z uroku dziecka. Zróbcie wszystko, by nie było to nigdy wasze dziecko. Musicie tylko umieć patrzeć. To istotne, czy dziecko wdzięczy się na scenie, bo lubi, czy dlatego, że lubi was i nie chce was rozczarować.
Eliza Dolecka