Niemal w każdej placówce, na pytanie, czy przyjmie malucha z uczuleniami, usłyszymy odpowiedź twierdzącą. Nie oznacza to jednak jeszcze wcale, że opieka będzie właściwa i komfortowa z punktu widzenia rodziców. Jeśli chcecie uniknąć konfliktów, kłopotów, a nawet konieczności przenosin, warto poznać szczegóły.
Eliza Dolecka
Rozmawiając z dyrektorami czy opiekunami przedszkoli niemal zawsze otrzymujemy zapewnienie, że mali alergicy są mile widziani. Praktyka pokazuje jednak, że często przestaje być tak słodko po zapłaceniu wpisowego i czesnego. Nie wynika to z niczyjego wyrachowania czy próby oszustwa. Nasilenie alergii i związane z tym szczególne potrzeby dziecka są bardzo różne. Z wieloma aspektami tego problemu placówka styka się po raz pierwszy przy naszym maluchu.
Zatem im więcej pytań zadamy na starcie i ustalimy szczegółów, tym łatwiejsze będzie życie nasze, opiekunów, a przede wszystkim dziecka. Samo wkroczenie rodziny w etap przedszkolny to spory stres. Zatem oszczędźmy sobie dodatkowych.
Kto przygotuje posiłki?
Sposób żywienia dzieci w przedszkolach nie jest identyczny. Są takie, w których na miejscu jest pełna kuchnia, ale i takie, do których posiłki przywozi firma kateringowa, a opiekunowie jedynie podgrzewają je na miejscu. Żadne z tych rozwiązań nie gwarantuje, że zostanie przygotowane odpowiednie jedzenie dla waszego dziecka. Niezależnie od tego, czy placówka jest państwowa, czy prywatna.
Są przedszkola, w których kucharki, na podstawie listy produktów przygotowanej przez rodziców, gotują osobno dla alergików (np. "Konradek" w Warszawie). W praktyce wygląda to mniej więcej tak, że kiedy dziecko nie może jeść np. makaronu i mleka, a planowana jest zupa pomidorowa z makaronem, dostaje pomidorową z ryżem, bez śmietany. Ważne jest bowiem, by posiłek był jak najbardziej podobny do tego, który spożywają zdrowi rówieśnicy. Jeśli została dobrze przygotowana umowa z firmą kateringową (np. sieć przedszkoli "Smerf" w Warszawie"), także nie ma problemu. Posiłki również są przygotowywane zgodnie z dietą; co więcej istnieje nawet możliwość wybrania firm, których produkty nas interesują.
Zazwyczaj jednak... "Kiedy dzieci jadły makaron z sosem truskawkowym, którego nie mógł jeść mój synek, dostawał suche kluski z cukrem. Gdy szkodziło mu niemal w pełni jakieś danie, na przykład pierogi z serem, jego obiad składał się tylko z zupy. Nikt nie zawracał sobie głowy różnicą kaloryczną, składnikami odżywczymi, itp." - wspomina Anna Zaniewska, mama 6-letniego Mikołaja, który chodził do przedszkola państwowego. Niewiele lepsze doświadczenia ma Wioletta Kaczmarczyk, mama 4-letniego Igora, chociaż oddała dziecko pod opiekę placówki prywatnej, w której czesne wynosi 700 zł. "Nie ma propozycji zamiast. Jak Igor czegoś nie może, to po prostu tego nie je. Chyba, że przyniosę coś zastępczego z domu" - zapewnia.